W miłości do bylejakości

Reprezentacja Polski jest odzwierciedleniem naszych narodowych duchów. Głęboko zakorzeniona w sposobie myślenia, jego życzeniowości i pewnych karkołomnych rozwiązań problemowych. Widać to szalenie mocno w poziomie dyskusji o futbolu, w tym jak jest on dramatycznie niski. I nie chodzi mi tu wcale o poziom z perspektywy ławki z serialu „Ranczo”, a o poziom ekspertów, opinionistów i działaczy piłkarskich, którzy są solą w oku rozwoju polskiej piłki. Dlatego nie ma większego znaczenia, fakt czy ze Szwecją wygramy. Nie ma znaczenia, czy na obrzydliwym i skandalicznym Katarskim mundialu pokopiemy piłkę w trzech spotkaniach fazy grupowej. Nie ma to znaczenia, bo nie zmieni się nic. Nie zmieni się dziś, jutro i za pół roku. Ta reprezentacja będzie rozpalać nasze serca, a nasze oczy przyprawiać o krwawienie. Ot taki smutny żywot polskiego fana.

Części zamienne

Olbrzymim problemem wszelkich dyskusji piłkarskich w naszym kraju od lat, jest nastawianie i olbrzymie przeszacowanie poszczególnych jednostek w drużynie piłkarskiej. Wierzymy często, że wymienienie jednego średniego, albo słabego piłkarza, na drugiego średniego, albo słabego da jakiś efekt. Tak oto po meczu ze Szkocją, wszyscy zaczęli wieszać psy na Arkadiuszu Recy. Rzecz jasna zasłużenie, bo indywidualnie jego występ bliżej stał występu cyrkowego niż piłkarskiego. W tym momencie uświadamiamy sobie jak krótka jest nasza pamięć, a nasza kołdra na pozycji lewego obrońcy nie sięga nam nawet do kolana. Jesteśmy na tej pozycji niemal nadzy. Marnowanie czasu na podnoszenie dyskusji personalnych jest niezwykle głupie z prostego powodu. Nasza kadra jako organizm nie funkcjonuje dobrze. Dyskusje na temat Reca, a może Puchacz, a może debiutant Kun są bezsensowne. Nie rozwiążą one żadnych z wielu palących problemów naszej kadry. Nie rozwiążą, bo jesteśmy po prostu średni. Mamy szereg problemów polegających na braku kultury gry. Jesteśmy futbolowymi neandertalczykami, trzymającymi w swoich dłoniach piękne harfy. Instrumenty mamy, niektóre nawet w jakości wybitnej, ale kompozytora, który to wszystko odpowiednio dogra – brak.

Środek ciężkości

Gdybyśmy mieli określić jednym słowem, jaka jest nasza reprezentacja, to jakich słów byśmy użyli? Ile w nich byłoby określeń jakości (oczywiście bardzo subiektywnych), a ile byłoby w nich określeń profilu gry, strategii na budowanie przewag na boisku i neutralizacje atutów przeciwnika i uwypuklania jego wad. Zamiast tego potrzebujemy silnego określenia na prostej płaszczyźnie: silni – słabi. Jedni mówią, że jesteśmy słabi, że nie potrafimy narzucić swojego prymatu, że nie mamy stylu, że nasz środek istnieje czysto teoretycznie. Drudzy mówią, że jesteśmy mocni, odwołując się do posiadania paru piłkarzy klasy światowej na czele z Robertem Lewandowskim. Łatwiej nam zajmować skrajne stanowiska, wobec jakości naszej kadry, a trudniej mówić o tym, że jesteśmy po prostu średni. Jesteśmy na poziomie lepszym niż Kazachstan, ale słabszym niż Szkocja. Jesteśmy na takim poziomie, gdzie jadąc na Mistrzostwa Świata nie mamy tam czego szukać. To weryfikuje się za każdym razem, bo przez lata nie zmienia się nic. Zmieniają się wykonawcy, trenerzy, prezesi, a nie zmienia się nasza gra.

Dlatego nie zmieni się nic. Chociaż bardzo chcę byśmy wygrali ze Szwedami, byśmy najbliższe miesiące mogli się łudzić, że coś możemy znaczyć na futbolowym koncercie mocarstw. Mam świadomość, że porażka czy zwycięstwo nie zmieni nic, bo ta kadra się i tak nie zmieni. To łudzenie się, że ktoś kto robił coś tak samo 100 razy za 101 zrobi coś inaczej, jest myśleniem życzeniowym. Wiarą, że coś się uleczyło samo, magicznie przeskoczyło, że nagle piłkarze grający ze sobą kilkadziesiąt meczów w kadrze zaczną czuć chemię boiskową. Możemy żyć głupią nadzieją, liczyć na to, że Robert Lewandowski dźwignie to na barkach i że jakoś to będzie. Na tyle nas po prostu stać.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*