Bundesliga… czyli Bayern i długo nic

Bundesliga należy niewątpliwie do najsilniejszych piłkarskich lig w Europie. Niemieckie zespoły regularnie występują w europejskich pucharach, w tym sezonie Liga Niemiecka posiadała po trzech reprezentantów w Lidze Mistrzów i Lidze Europy. W tych bardziej prestiżowych rozgrywkach, tylko Bayern Monachium pozostał jeszcze w grze i w środę (11.04) rozegra rewanżowe ćwierćfinałowe spotkanie z Sevillą. W sobotę wygranym meczem z Augsburgiem zapewnili sobie 6 z rzędu triumf w Bundeslidze. Drużyna z Bawarii zostawiła konkurencję daleko w tyle, jak zresztą robią od wielu, wielu lat.


Król od lat

Franz Beckenbauer w barwach reprezentacji Niemiec

Bundesliga, w swojej obecnej formie, została założona 28 lipca 1962 roku w Dortmundzie. Czas pierwszych rozgrywek przypadał więc na przełom lat 1962/63. Wtedy w gronie 16 drużyn występujących w najwyższej klasie rozgrywkowej znajdowały się m. in. Borussia Dortmund, Hertha BSC, czy VfB Stuttgart. Był też oczywiście Hamburger SV, który od tamtego sezonu regularnie występuje w Bundeslidze i utrzymuje status jedynej drużyny, która – grając od pierwszego sezonu – nigdy w historii z niej nie spadła. W tym elitarnym gronie nie znajdziemy jednak Bayernu Monachium, a jedynie ich bezpośrednich sąsiadów – TSV 1860 Monachium. Bawarczycy niedługo czekali jednak na występ w najwyższej klasie rozgrywkowej. Już po dwóch latach awansowali do niej pod wodzą Zlatko Čajkovskiego. Wtedy też rozpoczął się dla nich okres w którym rozwinęły się talenty takich zawodników jak Franz Beckenbauer czy Gerd Müller. Przyznacie chyba, że nie są to byle jakie nazwiska, a prawdziwe legendy futbolu, nie tylko niemieckiego. Pierwszy sezon zakończyli na trzecim miejscu, a wspomniany Beckenbauer, wraz z Josefem „Seppem” Maierem, zostali po tym sezonie powołani do kadry Niemiec, która wywalczyła srebro na Mistrzostwach Świata w 1966. Rok później Bayern zdobył swój pierwszy tytuł mistrzowski w Bundeslidze, rozpoczynając tym samym wieloletnią dominację. Co prawda, przerywaną raz po raz przez kolejne drużyny jak Borussia Mönchengladbach, czy Hamburger SV, ale koniec końców trofeum znów na parę lat wracało do Monachium. Łącznie Bawarczycy zgromadzili 26 tytułów, 10 razy stanęli na drugim stopniu podium, a 5 razy zajęli trzecie miejsce. W klasyfikacji wszech czasów, tak samo jak we współczesnych odsłonach Bundesligi, nokautują konkurencję, bo miejsce drugiej najbardziej utytułowanej drużyny zajmuje Borussia Dortmund z bilansem 5-5-6. Co więc sprawia, że od tylu lat w Lidze Niemieckiej króluje jedna drużyna. Dlaczego w Bundeslidze nie może wykreować się „druga” potęga, mimo że sporo ekip aspirowało do takiej roli?

Od Müllera do Müllera
Nie trzeba długo rozwodzić się nad powodem tryumfów Bayernu na początku ich przygody z Bundesligą. Wystarczy przeczytać takie nazwiska z ich ówczesnego składu jak właśnie Franz Beckenbauer, czy Gerd Müller. Pierwszy w Monachium występował w latach 1964-1977, drugi – nieco dłużej bo w latach 1964–1979. Z nimi w składzie Bayern zdobył czterokrotnie Mistrzostwo Niemiec (1969, 1972, 1973, 1974), Trzy razy wznosili też Puchar Europy. Co ciekawe, wszystkie te zwycięstwa odnieśli jedno po drugim, dwukrotnie broniąc tytułu (1974, 1975, 1976). Tylko dwóm innym drużynom udało się tego dokonać, a były to Ajax Amsterdam (1971-1973) oraz Real Madryt (1956-1960). Bawarczycy zostali za to nagrodzeni Honorową Odznaką Ligi Mistrzów, którą oglądać możemy na ich koszulkach podczas meczów Ligi Mistrzów, w postaci szarej tarczy na lewym rękawie. W tarczy wpisana jest również liczba zwycięstw w rozgrywkach danej drużyny. W tym świetnym dla siebie okresie stosunkowo często zmieniali trenerów, prowadzili ich wtedy kolejno Zlatko Čajkovski, jego rodak Branko Zebec oraz Niemcy Udo Lattek i Dettmar Cramer.

Sukcesy na arenie międzynarodowej sprawiły, że Bayern, być może przez zmęczenie spowodowane grą w nich, ustąpić musiał innym drużynom miejsca na najwyższym stopniu podium Bundesligi. Z tej okazji świetnie skorzystała Borussia Mönchengladbach, bo sięgnęła po mistrzostwo trzykrotnie, w latach 1975-1977. Pod wodzą trenera Hennesa Weisweilera, zaczęli prezentować piękny styl i ofensywną filozofię gry. To właśnie od ich agresywnego, nastawionego na atak sposobu gry wziął się ich przydomek – Źrebaki. Kolejne lata to triumfy 1. FC Köln i Hamburgera SV.

Polskie trio z Dortmundu po tryumfie w Bundeslidze w 2012 roku

Kolejni zwycięzcy Bundesligi układają się w schemat: „jakaś drużyna – Bayern – jakaś drużna – Bayern”, przy czym często zdarzały wygrane Monachijczyków dwa lub trzy lata z rzędu. W sezonie 1994/1995 do gry o najwyższe cele wkroczyła Borussia Dortmund. Chociaż była jednym z państw założycielskich Bundesligi, nigdy jej nie wygrała i zaledwie raz zajęła drugie miejsce w tabeli. Aż do lat 90. kiedy to dwa lata z rzędu wygrała ligę, a rok po obronie tytułu, w 1997, zdobyła Puchar Europy. Nareszcie pojawiło się realne zagrożenie stałego rywala w walce o trofea z Bayernem Monachium. Drużyna trenowana przez Ottmara Hitzfelda i mająca w składzie klasowe nazwiska, jak Matthias Sammer, pokazała, że jest w stanie rywalizować z najlepszymi drużynami w Europie. Niestety, po zwycięstwie w Pucharze Europy, trener Hitzfield odszedł a gra Borussii przygasła na kolejne lata. Mimo kłopotów finansowych udało im się wygrać ligę w 2002 roku, ale później popadli w ciężkie długi, w wyniku których zmuszeni byli nawet sprzedać stadion i wyprzedać wszystkich swoich najlepszych zawodników. W 2005 BVB bliskie było upadku, klub uratowała jednak zmiana na stanowisku prezydenta klubu (objął je Reinhard Rauball). Pod koniec 2006 roku udało im się wykupić stadion i rozpocząć przebudowę drużyny. W 2008 trenerem został Jurgen Klopp, który później z Borussią wygrał ligę w 2011 roku, rok później obronił tytuł, a w 2013 roku doprowadził ich do finału Ligii Mistrzów, gdzie ulegli Bayernowi w „niemieckim finale”. Sezon 2012/13 rozpoczął niesamowitą i przerażającą serię zwycięstw Bayernu. Zdobył 5 tytułów z rzędu i nieuchronnie zmierza po szóste.

Złodziejska polityka
Dawniej, Bayern miał po prostu szczęście. Akurat im przypadło posiadanie w składzie najwybitniejszych Niemieckich zawodników. Współcześnie jednak okazuje się, że nie da się już grać na najwyższym poziomie, wykorzystując jedynie zawodników z jednego kraju. Idealnie pokazuje to FC Barcelona. Niegdyś stawiała jedynie na wychowanków i takim składem potrafiła wygrać nawet Ligę Mistrzów, ale teraz powoli odchodzi od tej polityki budowania składu. Bayern i tak trzyma się dobrze pod tym względem bo stara się stawiać na Niemców. Nie można tego powiedzieć o innych klubach Bundesligi. W ekipie Bawarczyków 14 zawodników jest narodowości Niemieckiej, z czego ok. pięciu występuje regularnie. Przykładowo w Schalke 04, jest tylko siedmiu Niemców, a czterech ma miejsce w składzie. Jednym z nich jest Leon Goretzka. Zawodnik, który na pewno opuści Gelsenkirchen po sezonie, a odwiedzał je będzie jedynie podczas meczów wyjazdowych, w czerwonej koszulce swojego nowego klubu.

Prezentacja Mario Götze po transferze do Bayernu w 2013 roku

Młody Niemiec nie jest wyjątkowym przypadkiem, kiedy jeden z najlepszych zawodników danego klubu Bundesligi, przechodzi właśnie do Bayernu. W letnim okienku na taki ruch zdecydowali się także Niklas Süle, Sandro Wagner i Sebastian Rudy (wszyscy występowali wcześniej w Hoffenheim) oraz Serge Gnabry (przyszedł z Werderu Brema). Ale jeszcze wcześniej pozbawiali rywali swoich największych gwiazd. Tylko od roku 2010 Bayern przeprowadził 18 takich transferów, a liczba ta zawiera w sobie takie nazwiska jak Manuel Neuer, Mario Mandzukić, Mario Götze, czy Mats Hummels, a także dobrze wszystkim znany Polak, którego nazwiska nie muszę chyba nawet podawać, ale zrobię to dla formalności – Robert Lewandowski. Po przyjściu, ci wszyscy zawodnicy stanowili i stanowią do dziś o sile Bayernu i pozwalali wygrywać kolejne trofea. Gdy Monachijczycy zyskiwali na jakości dzięki tym transferom, kluby oddające zawodników sporo traciły. Stąd wynika ta przepaść między Bayernem, a resztą drużyn. Gdy jedni słabną, a inni się wzmacniają, nie ma opcji na wyrównanie szans.

Amerykański sen
Dlaczego piłkarze odrzucają romantyczne przywiązanie do swoich klubów i bez skrupułów zasilają szeregi rywala? O tym powstała już niezliczona ilość tekstów, każdy za powód podawał pieniądze, ale to nie one wydają mi się najważniejsze w temacie Bundesligi. Owszem, Bayern Monachium jest w stanie zapewnić największe pieniądze w lidze, ale nic nie stoi na przeszkodzie w budowaniu kapitałów kolejnych drużyn, które w przeciągu kilku lat dogonić mogłyby Bawarczyków w kwestiach finansowych. Bayern dla Bundesligi jest jak Hollywood dla branży filmowej (nie bez powodu jednym z ich przydomków jest właśnie „FC Hollywood”). Nie ważne jak wspaniałe filmy stworzycie w mniejszej wytwórni, jak świetnym reżyserem będziesz, czy jak dobrze zagrasz jako aktor pierwszo, bądź drugoplanowy. Każdy ostatecznie chce trafić do tej jednej, najważniejszej, będącej zwieńczeniem karier wszystkich związanych z przemysłem filmowym wytwórni. Tak samo piłkarze, widząc że Bayern gwarantuje sukcesy i walkę na najwyższych szczeblach europejskiego futbolu, mkną do tego klubu jak komary do światła. Zazwyczaj nie zastanawiają się ani chwili. Dostajesz rolę w filmie Hollywoodzkim – od razu dzwonisz do reżysera zgadzając się na nią. Dostajesz propozycję gry w Bayernie – podpisujesz kontrakt.

Kto bogatemu zabroni?
W mentalności zawodników leży więc istota problemu bezkonkurencyjności na najwyższym stopniu podium w Bundeslidze. Gdyby wszyscy umówili się, że pozostaną w swoich rodzimych zespołach i pomogą im w budowie solidnych marek, mistrzostwo Niemiec nie byłoby rozstrzygane już na początku rundy wiosennej. Czy jest to jednak możliwe? Chyba nie. Po części można to zrozumieć. Po co ryzykować i latami pracować na swoją wartość jako członek prosperującej do największych osiągnięć drużyny? Można przecież przechodzić całymi grupami do Bayernu, gwarantującego (na ten moment) sukcesy i trofea. Jeśli niemieckie kluby, ale i zawodnicy, nie poczynią żadnych kroków w kierunku zmiany aktualnej sytuacji, możemy być świadkami coraz większego powiększania się przewagi Bawarczyków. Już wkrótce możemy oglądać machinę miażdżącą dosłownie każdego na swojej drodze i nikt z Bundesligi nie będzie mógł jej zatrzymać. Wygląda to, jakby Bayern nie poprzestał na sześciu trofeach z rzędu (umówmy się, nic nie jest w stanie odebrać im mistrzostwa), ale zmierzał po kolejne i kolejne. Mam tylko nadzieję, że szybko zreflektują się ci, co potrzebują tych refleksji i nie będziemy świadkami sytuacji, w której jedna drużyna wygra ligę po raz dziesiąty z rzędu. Sytuacji, która rzadkością jest nawet w słabych ligach, a mówimy przecież o Bundeslidze, znajdującej się przecież w gronie najlepszych w Europie, ale i na świecie…