Choroba przeciętności

O dawnym blasku i chwale Milanu napisano niemalże wszystko i jeszcze niejednokrotnie pisać się będzie. Jest to bowiem taki klub, który historycznie w pamięci kibiców i piłkarzy kojarzyć się będzie z sukcesem, prestiżem i gwiazdami. Sam William Gallas mówił przecież, że grać dla Milanu, to znaczy osiągnąć sukces. Czasy się zmieniają, a Milan z wielkiego klubu stał się przeciętny.
Wczoraj widzieliśmy Mediolan dwóch prędkości. Po jednej stronie sensowny menadżer obdarzony zaufaniem, który dostał odpowiednie narzędzia do wykonywania zadań specjalnych. Właśnie – zadań specjalnych, to słowo jest kluczowe. W derbach Mediolanu od początku można było odnieść wrażenie, że piłkarze Interu są fantastycznie przygotowani. Zaczynając od taktyki, kończąc na motoryce. Każdy z jedenastu piłkarzy w niebiesko-czarnych koszulkach wiedział co robić, miał swoje zadania na boisku i jak prawdziwy żołnierz w armii Antonio Conte wypruwał sobie żyły, by katować i tak bezradny Milan.

Już od pierwszych minut widać było olbrzymie szaleństwo i motywacje w poczynaniach Interu! Nieustanny pressing, uprzykrzanie gry rywalowi sprawiły, że Milan w przekroju całego meczu miał może z trzy sytuacje, z czego jedna to nieuznana bramka Calhanaglu po zagraniu ręką Kessiego. Tak właśnie wyglądał Milan. Bez planu, bez werwy, bez niczego. Środek pola kompletnie nie funkcjonował, a druga połowa pozwoliła kolegom Krzysztofa Piątka jedynie na przekroczenie trzydziestego metra na własnej połowie!

Od początku spotkania genialnie grał D`Ambroso. Podłączał się w akcje ofensywne i defensywne, miał nawet okazje zdobyć gola z przewrotki! Genialną robotę wykonywali napastnicy, tam każdy wiedział co, gdzie i jak! Dla porównania druga linia Milanu to Kesse, który od początku kipiał chamstwem i agresją, Biglia, który piłkę zagrywał jedynie do tyłu i Calhanoglu, który z tej trójki spisał się najlepiej.

Przy tak sytuowanym Milanie Krzysztof Piątek nie miał wiele do roboty. Polak dał jednak parę pozytywnych akcji i brał udział w każdym ofensywnym zrywie! Nie miał jednak zbyt wiele czasu ani możliwości. Po chwili doskakiwali do niego obrońcy lub pomocnicy, a momenty spotkania, w których Milan dłużej utrzymywał się na połowie Interu można było policzyć na palcach jednej ręki.

Co powiedział nam ten mecz? Czasem lubimy patrzeć przez pryzmat przeszłości, wierzyć w romantyczne demony, przecież tak bardzo kochamy tą słodką przeszłość, bo zawsze lepsza nędza znajoma aniżeli nowa. Usilnie tkwiąc w przeszłości Wielkiego Milanu, zapominamy jak bardzo on sprzeciętniał, pozostały jedynie duchy, a My chcieliśmy wierzyć, że jednak nie.