„Chorwacki Messi” i „Talent Stulecia” – 5 lat później

Martin Odegaard i Alen Halilović trafili do Realu Madryt i FC Barcelony niemal równocześnie jako wielkie talenty europejskiej piłki. Jak potoczyły się ich kariery?


Regularnie doświadczamy wymiany pokoleń w piłce i nieustannie poznajemy nowych kandydatów na następców czołowych zawodników. Wystarczy spojrzeć kilka lat wstecz. Ile już było tych nowych Messich, nowych Ronaldo, nowych Zlatanów! Często takie wnioski wysnuwane są na podstawie filmiku z jakimś 10-latkiem, który potrafi zrobić parę sztuczek, ale zdarzają się też sytuacje wyjątkowe.

Cała Europa zwraca wówczas wzrok na wielki talent, wszystkie topowe kluby wysyłają zapytania, eksperci i kibice dywagują już jakie rekordy uda mu się pobić, jakie trofea zdobędzie lub kontuzja której części ciała przekreśli nieodwracalnie jego karierę. Częściej te kariery niszczone są właśnie przez podobnie nałożoną presję, ale to już temat na inną opowieść.

Wielkie transfery nastolatków

Styczeń 2015 roku. Po zaledwie 16-letniego Martina Odegaarda zgłasza się podobno ok. 20 topowych europejskich klubów. Młody pomocnik Strømsgodset IF wybiera Real Madryt i dołącza do ich drużyny rezerw – Castillii. O tym transferze mówią wszyscy. Wtedy też Karl-Heinz Rummenigge, prezydent Bayernu Monachium, nazwał Martina „talentem stulecia„. Mało kto wówczas chciał z tym dyskutować.

Pół roku wcześniej, kontrakt z FC Barceloną podpisał Alen Halilović. Cudowne dziecko chorwackiej piłki, w którym jego rodzina, a później cały kraj, od pierwszych kroków na stadionie Dynama Zagrzeb widzieli wielki talent. Od najmłodszych lat Alen marzył o grze dla Barcy – jego sny zostały spełnione. Niski wzrost, świetnie ułożona lewa noga, transfer do Dumy Katalonii – odniesienia do Leo Messiego były nieuniknione.

Obaj byli wielokrotnie porównywani i zestawiani obok siebie na listach prezentujących „największe talenty„. Narracja wokół nich była właściwie wspólna i równoległa. Byli jak wiecznie porównywani Ronaldo i Messi – tylko o wiele młodsi, a ich długie kariery miały się dopiero rozpocząć. To oni mieli w stanowić o wielkości przyszłych rywalizacji o mistrzostwo La Ligi i samych Gran Derbi.

Przyjrzyjmy się, jak potoczyły się dotychczasowe kariery tych utalentowanych chłopaków. Gdzie trafiali w swoich tułaczkach po Europie? Który z nich radzi sobie lepiej i ma jeszcze szanse na wielki futbol? Choć zaczynali wspólnie, dziś ich sytuacje wyglądają zupełnie inaczej. Spoiler: żaden z nich nie sprostał pokładanym 5 lat temu wielkim nadziejom, ale wciąż mają szanse na grę na poziomie.

Nieskończona tułaczka po Europie

Halilović nie miał nawet okazji zadebiutować w La Lidze w barwach Blaugrany. Jego występy w seniorskiej drużynie zamykają się na jednym spotkaniu – rewanżu z Elche w 1/8 finału Pucharu Króla w sezonie 2014/2015. Zagrał wówczas jedynie 28 minut i nikt nie spodziewał się, że była to jedyna okazja do oglądania Chorwata w bordowo-granatowych barwach.

Pierwszy sezon w La Liga

Sezon później, Halilović powędrował na swoje pierwsze wypożyczenie. Na młody talent skusił się Sporting Gijon, który w tamtym czasie grał jeszcze w najwyższej klasie rozgrywkowej. Sezon 2015/2016 w barwach Rojiblancos był dla niego rekordowy pod względem liczby występów i indywidualnych statystyk. Wystąpił w 36 spotkaniach w La Lidze, strzelił 3 bramki i zaliczył 5 asyst. Zespół z młodym Chorwatem w składzie otarł się wtedy o spadek. Tylko punkt dzielił ich od Rayo Vallecano, które pożegnało się wtedy z Ligą BBVA.

Transfer do Hamburga

Halilović nie przyczynił się znacznie do utrzymania Sportingu. Często był zmieniany, rzadko rozgrywał pełne mecze. Jego średni czas na boisku w tamtym sezonie wynosił około 65 minut. Nie jest więc wielkim zaskoczeniem, że Barca zgodziła się na jego transfer niemal od razu po powrocie z wypożyczenia. Po Chorwata zgłosił się Hamburger SV, oferując 5 milionów euro. Władze Blaugrany zgodziły się na tę kwotę, ale postarały się o zapis, który zapewniał im opcję przyszłego pierwokupu Halilovicia za 10 milionów euro po pierwszym i za 12 milionów euro po drugim sezonie. Nie był więc jeszcze skreślony i w Katalonii wciąż liczyli na jego powrót.

Przygodę w Niemczech rozpoczął od bramki w debiucie. Było to spotkanie z FSV Zwickau w ramach DFB-Pokal, a gol Chorwata pozwolił HSV awansować do kolejnej rundy. W Bundeslidze, pierwszy mecz rozegrał w drugiej kolejce, przeciwko Bayerowi Leverkusen. Do końca 2016 roku zdołał jednak zagrać tylko 6 razy, przeważnie w końcówkach spotkań, a jego bramka w pucharze była jedyną strzeloną dla Hamburga.

Powrót do Hiszpanii

Niewielka liczba występów w Bundeslidze sprawiła, że Alen poprosił klub o wypożyczenie. Władze HSV nie protestowały, a po Chorwata zgłosiło się UD Las Palmas.

W czasie półtorarocznego pobytu na Wyspach Kanaryjskich nie był kluczową postacią swojej drużyny. Do końca sezonu 16/17 zagrał w 18 spotkaniach (średnio 35 minut na mecz), w których zaliczył zaledwie 2 asysty. W następnym sezonie nie było lepiej. Już w pierwszej kolejce zakończył mecz po 33 minutach, otrzymując czerwoną kartkę. Opuścił też 15 spotkań z powodu kontuzji. Ostatecznie rozegrał 20 meczów, średnio 65 minut w każdym. Bilans? 2 bramki, 2 asysty. Las Palmas opuściło wówczas najwyższą klasę rozgrywkową w Hiszpanii, a Halilović powrócił do Hamburga.

Niespodzianka i niechlubny epizod we Włoszech

Wrócił do Hamburga, który nie był już taki sam. Po raz pierwszy od założenia Bundesligi w 1963 roku, HSV spadło do drugiej klasy rozgrywkowej. Ta sytuacja, między innymi, przyczyniła się do kolejnej zmiany barw. Tym razem po Chorwata zgłosiła się uznana marka – AC Milan.

Przeniósł się więc do Serie A, z czym łączono pewne nadzieje. Pisano zresztą, że to ostatnia szansa Halilovicia na wielki futbol. Skończyło się tak, że w lidze włoskiej nie wystąpił ani razu, a po pół roku powędrował na kolejne wypożyczenie. Sezon dograł w Standardzie Liège, gdzie w dalszym ciągu nie zachwycał, do czego też nie miał wielu okazji, bo wystąpił tylko w 14 meczach, często jako zmiennik.

Ostatni dotychczasowy przystanek

Najnowszym krajem jaki do swojego CV może dopisać Alen Halilović jest Holandia. Ostatni sezon spędził w Heerenveen i nie będzie zaskoczeniem gdy powiem, że Chorwat tam również nie zachwycał. Nie rozegrał wielu spotkań, a przez część sezonu występował nawet w drużynie U21.

W końcu dotarliśmy do teraźniejszości, ale nieskończona tułaczka Halilovicia nie wygląda jakby miała się w najbliższym czasie skończyć. Chorwat nie prezentuje poziomu jaki mu wróżono, nie jest zawodnikiem, który nadaje się do jakiegoś klubu z czołówki. 3 lipca 2020 roku powrócił z wypożyczenia i przypuszczalnie AC Milan rozgląda się już za kolejnymi chętnymi do zagarnięcia 24-latka.

Z obawy przed stratą

Martin Odegaard dostał po jednej szansie w La Lidze i Pucharze Króla, ale przez większość czasu występował w młodzieżowych drużynach Królewskich. W Realu Madryt Castilla rozegrał łącznie 62 spotkania, w których strzelił 5 bramek i 8 razy asystował. Norweg trenował często z seniorską drużyną, którą prowadził wówczas Carlo Ancelottti, a mecze rozgrywał w trenowanych przez Zinedine’a Zidane rezerwach.

Kierunek: Holandia!

Tak było do stycznia 2017 roku. Zaczął więc zmieniać kluby później niż Halilović, ale nie powinno to dziwić, bo Odegaard jest w końcu 2 lata młodszy. Pierwszym przystankiem Norwega była Holandia, a dokładniej SC Heerenveen. To samo Heerenveen, gdzie jego chorwacki kolega trafił w sezonie 2019/2020.

Do Holandii Odegaard powędrował na półtoraroczne wypożyczenie. Pierwszy okres był dla niego trudny. Zaczął od serii słabych występów, co sprawiło, że usiadł na ławce i nie dawał trenerowi wiele powodów do zmiany decyzji. Dopiero w sezonie 2017/2018 zaczął występować w miarę regularnie, ale jego liczby nadal nie porywały. 24 spotkania, 2 gole, 1 asysta.

Niedługo po powrocie z wypożyczenia, Real wysłał go na kolejne, ponownie do Holandii. Sezon 2018/2019 spędził więc w Vitesse, gdzie jego talent zaczął w końcu przynosić ze sobą wyniki. Rozegrał 31 spotkań w Eredivisie, w których strzelił aż 8 bramek i zaliczył aż 11 asyst.

Udany (!) powrót do Hiszpanii

Najświeższe wypożyczenie to przenosiny na rok do San Sebastián. Odegaard idealnie wpasował się do młodej, pełnej talentów drużyny, jaką dysponuje Real Sociedad. Solidnie się prezentował, szczególnie w pierwszej rundzie rozgrywek. Na wiosnę i po przerwie spowodowanej pandemią trochę spuścił z tonu, ale niedawno dotarły do nas głosy, że najprawdopodobniej grał przez ten czas z kontuzją kolana.

Hiszpańscy dziennikarze regularnie w trakcie sezonu wspominali, że Odegaard rzekomo ma dość ciągłych wypożyczeń i podobno chciałby na stałe opuścić Real. Chętnych znalazłoby się sporo, najczęściej wymieniany jest Manchester United (także w kontekście wymiany za Paula Pogbę).

Co jednak różni historie Odegaarda i Halilovicia to fakt, że Real nieprzypadkowo stale Norwega wypożyczał. Wciąż go nie skreślili, rozpatrują go w kontekście budowania przyszłości klubu i liczą, że w pewnym momencie będzie w stanie wskoczyć do pierwszego składu. Czy ten moment nastał już teraz? Sportowo pewnie jeszcze troszeczkę mu brakuje, ale wydaje mi się, że jeśli Zinedine Zidane chce zachować go w drużynie, musi zacząć dawać mu szanse.

Wspólny początek – dwie różne ścieżki

Dotarliśmy do końca wspólnej opowieści dwóch niegdyś wielkich talentów europejskiej piłki. Jak już wspominałem, mieli równolegle kreować swoje legendy, ale ich drogi nieco się rozjechały. Alen Halilović staje się powoli przeciętnym grajkiem, który nigdzie nie może znaleźć dla siebie miejsca. Optymistów cieszyć może fakt, że wciąż ma dopiero 24 lata i sporo czasu na ewentualne odbudowanie formy. Martin Odegaard, po kilku sezonach przestoju, znowu jest na ustach kibiców i wszyscy są ciekawi, jak dalej potoczy się jego kariera oraz kiedy wystrzeli na dobre i w końcu zacznie zachwycać ludzi tak, jak przystało na „talent stulecia„. Do następcy Messiego bliżej niż Haliloviciowi jest natomiast któremuś z młodszych chłopaków, aktualnie przebywających w Barcelonie, jak Ansu Fati czy Riqui Puig.

Mateusz Trojnar