Ekstraklasa: Kto gra aktualnie najgorszą piłkę?

zaglebie.com // fot. Tomasz Folta

Ekspercki głos w waszych domach powraca. Jesteśmy świeżo po przedostatniej kolejce przed podziałem na grupy, jednakże już teraz możemy mieć pewność, że w ostatniej nic się nie zmieni. Układ grup jest już przyklepany, a szkoda, bo oglądanie choćby Pogoni, czy Lechii w górnej ósemce przyprawiać będzie o ciarki wywołane narastającym z minuty na minutę poziomem żenady. Dziś jednak spróbujemy nie pastwić się nad drużynami, które dzięki swojej świetnej postawie zapewniły sobie miejsce wśród najlepszych drużyn w Polsce, odpowiemy za to na pytanie – kto gra aktualnie najgorzej w Ekstraklasie (choć odpowiedź zdaje się być oczywista) i dlaczego kluby tak bardzo chcą walczyć o utrzymanie.

 

Mała, wielka zmiana

Karlo Muhar – człowiek, który miał zapewnić spokój w defensywie, rozpoczynać ataki ekipy Lecha, niczym ekspert stopować każdą próbę przedostania się rywali w pole karne Kolejorza. Tymczasem wątpliwym jest, by jakakolwiek z pokładanych w nim nadziei została choćby w minimalnym stopniu spełniona. Ot, kolejny przykład gracza, który występował w wyjściowej jedenastce tylko dlatego, że klub zapłacił za niego spore jak swoje warunki pieniądze. Zdaje się jednak, że zapoczątkowana niedawno na Twitterze akcja #BiletDlaMuhara przyniosła oczekiwany efekt. Dariusz Żuraw chyba wreszcie dojrzał, że to nie gwarancja jakości, a raczej partactwa. Jego kosztem miejsce w składzie zyskał wcześniej powszechnie chwalony Jakub Moder, który od razu odwdzięczył się za zaufanie bramką. Posługując się przez chwilę tak uwielbianym przez komentatorów Ekstraklasy, piłkarskim żargonem, był sercem i płucami drużyny. Choć stwierdzenie to może wydawać się nieco przesadzone, tak jednak niemal każde ofensywne wyjście Poznaniaków musiało przejść przez Modera.

Dodatkowo w spotkaniu z Portowcami potwierdziła się moja teza, że Pogoń Szczecin odkąd kilku kluczowych piłkarzy wypadło z podstawowej jedenastki to istny skład węgla i papy. Kiedy w Twoim głównym snajperem ma być  Manias… no cóż, w tym przypadku każda zmiana byłaby dobra.

Do rewolucyjnych zmian doszło także w Płocku. Mimo, że cała drużyna grała w ostatnich kolejkach totalny piach, tak jednak zdecydowanie najczęściej obrywało się za to bramkarzowi. Raczej słusznie – w obu starciach rozegranych po powrocie rozgrywek Thomas Dahne popełniał kuriozalne błędy, prowadzące bezpośrednio do utraty bramek. Co prawda wątpliwym jest, że gdyby bramkarz był inny – wyniki także by się polepszyły. Dowodem na to może być spotkanie ze Śląskiem. Krzysztof Kamiński zastępujący Niemca pomiędzy słupkami wystrzegł się błędów, pewnie wyłapywał dośrodkowania… Z tym, że Wisła Płock i tak przegrała. Nawet pomimo faktu, że Śląsk Wrocław przez niemal siedemdziesiąt minut zdawał się grać w zwolnionym tempie i dopiero pojawienie się na boisku Roberta Picha wprowadziło nieco życia do poczynań podopiecznych Vitezslava Lavicki. Wystarczyło delikatnie przyspieszyć akcję i nie zastanawiać się po piętnaście sekund nad każdym podaniem – zaledwie kilka nieco szybszych podań wystarczyło, by dwukrotnie sforsować obronę Nafciarzy. Czy można zatem stwierdzić, że Wisła Płock gra obecnie najgorszą piłkę w Ekstraklasie? Niestety nie…

FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl

Mentalna 1. Liga                                                                  

Jeżeli czegoś możemy być pewni w obecnym sezonie, to fakt, że ŁKS z hukiem pożegna się z najwyższą klasą rozgrywkową. Z meczu na mecz ich postawa zdaje się wyglądać coraz gorzej. Wojciech Stawowy nie zmienił kompletnie nic w postawie Łodzian, a jedynym zamysłem taktycznym jest prawdopodobnie oddawanie strzałów z każdej pozycji, kiedy tylko jest to możliwe. Sam przyznał po spotkaniu z Jagą, że „zawiódł jako trener”. Większość jego zawodników powinna jednak zgodnym chórkiem stwierdzić – „zawiedliśmy jako piłkarze”. Szczególnie po pierwszej bramce dla Jagielloni, kiedy to Jakov Puljić po przebiegnięciu kilkunastu metrów mógł jeszcze spokojnie oddać strzał. Nie było nawet potrzeby, by wdawał się w jakieś dryblingi, czy inne przeplatanki – po prostu biegł, a nikt nie był zainteresowany odebraniem mu piłki. Zatem, oto odpowiedź na pytanie, jeśli nie Wisła Płock, to kto gra najgorzej? Pogodzony już ze spadkiem ŁKS. Powiedzieć, że każdy kolejny mecz traktują jako mecz towarzyski to za mało. Każdy kolejny mecz jest dla nich po prostu kolejną potencjalną porażką. Tej drużynie brak jakiejkolwiek mentalności, chęci do gry. Większość piłkarzy wychodzi na boisko już ze świadomością, że są tam tylko po to, by zebrać baty. I przeważnie tak właśnie się dzieje. Na koniec tylko dodam, że w tym spotkaniu Łodzianie na dobrą sprawę sami strzelili sobie dwie z trzech bramek. Jeśli muszę w tym tekście powiedzieć wam, kto gra najgorzej w całej Ekstraklasie – jestem w stanie z pewnością stwierdzić, że jest to ŁKS.

 

Remis jak zwycięstwo, remis jak porażka

Tydzień temu chwaliłem graczy Zagłębia Lubin po tym, jak w niezłym stylu wysoko zremisowali z Lechem. Gdyby nie zabrakło wówczas zaangażowania i pary w płucach – zwycięstwo byłoby na wyciągnięcie ręki. Zaprezentowali wówczas grę pełną ambicji, ciekawych rozwiązań, byłem w stanie nawet pokusić się o stwierdzenie, że spróbują jeszcze powalczyć o górną ósemkę. Chwaliłem styl gry Miedziowych. Odwołuję te słowa. Po weekendzie myślałem, że to sprawka słabszego przygotowania kondycyjnego, że po prostu potrzebują jeszcze chwilę, by w pełni rozwinąć skrzydła. Mecz z Koroną Kielce miał być idealną okazją do ukazania pełni możliwości. I faktycznie, dali istny popis totalnego badziewia. Kompletnie nie wiem, czym mogłoby to być spowodowane, nie doszło do żadnych poważnych zmian w składzie, a i tak piłkarze w przeciągu zaledwie kilku dni jakby zapomnieli, jak prosto podaje się piłkę. I nie była to kwestia postawionego im oporu, gdyż Korona wcale nie zagrała jakieś wybitnego spotkania. Mnóstwo fauli, niecelnych podań, bezsensownych strzałów i dośrodkowań bez adresata. A na dodatek paskudne wejście Guldana, które powinno zakończyć się czerwoną kartką. Jeśli w grze Miedziowych nic się nie zmieni i wciąż będą prezentować tak nierówną formę – marzenia o osiągnięciu jakichkolwiek celów wyższych niż utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej mogą okazać się nie do spełnienia.

Podobnie sytuacja prezentuje się w Częstochowie. Raków po raz kolejny traci punkty na własne życzenie, z drużyną w której na dobrą sprawę grał w piłkę zaledwie jeden zawodnik (Jakub Błaszczykowski). Nie chcę się rozpisywać o tym, jak indywidualne błędy i mnóstwo pecha sprawiły, że ich miejsce w tabeli jest jakie jest. Podobnie jak w Zagłębiu, czy Wiśle Płock, tak i w Rakowie – zdaje się, że największą ambicją tych klubów jest walka o utrzymanie. Dlaczego tak jest? Nie mam zielonego pojęcia. Dziękuję za uwagę. Pisał dla was Adrian Markowicz.