Kac po sobocie…

Już od dawna piłkarska sobota nie prezentowała w światowym futbolu tak wybornie, jak ta. Podana niczym perfekcyjne danie w bardzo wyrachowanej restauracji: na przystawkę – Eibar – Real Madryt, później coś lekkiego – West Ham – Manchester City, następnie wjeżdżają dwa dania główne, pięknie podane Lech Poznań – Wisła Płock Tottenham – Chelsea, oraz Atletico Madryt – Barcelona. Po takim dniu nie można odczuwać niedosytu.

Powrót do przeszłości

Gdyby prezydent był wielkim fanem futbolu, z pewnością ogłosiłby wielkie święto i zalecił wielogodzinne siedzenie przed telewizorem i wcześniejszy zakup sporej ilości chipsów i napojów wyskokowych. Te z pewnością przydałyby się fanom Realu Madryt już od godziny piętnastej. Wtedy to doszło do sensacyjnej, pierwszej porażki Królewskich pod wodzą Santiago Solariego. Powody do rozmyślań trener Los Blancos miał już od szesnastej minuty, kiedy to Courtois pierwszy raz wyciągał piłkę z siatki. A warto zaznaczyć, że mogło to nastąpić znacznie szybciej. Rewelacyjny wolej Kike wylądował jednak na słupku.

W drugiej połowie było już tylko gorzej. Wpierw Enrich wpakował piłkę do siatki, a następnie Kike udowodnił, że „co się odwlecze, to nie uciecze”. Może nie była to tak efektowna bramka, jak opisywany wcześniej wolej, ale udało mu się zapisać w protokole meczowym. Mógłbym wypisać, kto zawiódł w tym spotkaniu, ale znacznie łatwiej będzie wymieniać pozytywy. No to tak… Bale coś tam strzelał… Ceballos coś tam biegał… No i tyle.

Real stara się wyjść z poważnego kryzysu. Pamiętacie zapewne opinię, że po kontuzji Umtitiego Barcelona nie ma środka obrony. Teraz podobny dylemat trapi największych rywali Blaugrany. Nazywany jednym z głównych kandydatów do Złotej Piłki Varane znacznie obniżył loty zaraz po zdobyciu mistrzostwa świata ze swoją reprezentacją. Jego ostatnie siedem spotkań w klubowych barwach to remis i sześć porażek. Brzmi dramatycznie. Sergio Ramos ma natomiast na swojej głowie poważne zarzuty ze strony Der Spiegel. Udowodnili oni bowiem, że ten nie przeszedł testów antydopingowych po finale Ligi Mistrzów w zeszłym roku, w Cardiff. Lekarze w jego organizmie odnaleźli śladowe ilości deksametazonu, leku przeciwbólowego i przeciwzapalnego, który jednak może powodować m. in. zwiększenie koncentracji. Tłumaczono to pomyłką lekarza klubowego, a klub wydał stosowne oświadczenie. Takie wydarzenia pozostają jednak w psychice piłkarza, a kolejne zarzuty w stronę kapitana Królewskich mogą wzmagać niepewność u Hiszpana, zarówno poza boiskiem, jak i na nim. Fakt, można tłumaczyć, że „piłkarz w takich sytuacjach powinien zachować profesjonalizm i pozostawić takie sprawy za sobą, nie przejmować się”. Piłkarze to nie maszyny, a w każdym zawodzie i na każdym stanowisku zarzuty o oszustwo spowodowałyby niemałe rozdarcie i zdenerwowanie.

 

Kolejne ofiary maszyny Guardioli

West Ham potrafił stawiać opór The Citizens jedynie do jedenastej minuty. Wtedy to do kapitulacji zmusił Łukasza Fabiańskiego David Silva, po bardzo dobrym dograniu Raheema Sterlinga. Dziewiętnasta minuta i bardzo podoba akcja, tym razem z drugiej strony boiska. Leroy Sane jak bolid Formuły 1 wparował w pole karne i posłał piłkę do Sterlinga. Ten z zimną krwią wpakował piłkę do siatki. Niedługo po tym rewelacyjne sytuacje marnowali Arnautović i Antonio. Ten drugi uderzył wprost w Edersona, natomiast w pierwszej sytuacji wspaniałą interwencją popisał się… Kyle Walker, łapiąc piłkę nogami.

O ile atak Młotów wyglądał chwilami imponująco, piłkarze stwarzali szanse, Arnautović, czy Anderson niejednokrotnie sprawiali problemy formacji defensywnej City, ale… No właśnie, ale. Obrona West Hamu od początku obecnego sezonu wygląda tragicznie. Przed sezonem wydawać by się mogło, że Fabiański będzie miał mniej pracy niż rok temu w Swansea. Tymczasem jest zupełnie inaczej. W jak beznadziejnej formie (albo jak po prostu są beznadziejni) są obrońcy WHU można było zaobserwować przy trzecim golu dla Manchesteru. W trzydziestej czwartej minucie zarówno polski bramkarz, jak i Balbuena dali się nabrać na prosty zwód Leroy’a Sane, po czym Niemiec, zupełnie nie atakowany, bezproblemowo strzelił kolejną bramkę.

Widać było także różnicę w motywacji. Już przy wyniku 2:0 gracze WHU wykonywali znacznie mniej sprintów, wyglądali, jakby nie zależało im na presssingu i odbiorze piłki. Przeciwnie było z Obywatelami. Sterling, Aguero, Sane… nieważne kto stracił, natychmiast ruszał w pogoń za futbolówką i zażarcie walczył, by zainicjować jak najszybciej kolejny atak. Niestety – nastąpiło to co zwykle na Stadionie Olimpijskim w Londynie. Po wybiciu osiemdziesiątej minuty stadion zaczął pustoszeć. Wciąż to przyjezdni kontrolowali spotkanie i kreowali kolejne, groźne akcje. Na koniec była chwila „chodzonego”, wydawać by się mogło, że piłkarze już czekają tylko na ostatni gwizdek, w tu nagły, szybki atak trójki Foden-Mahrez-Sane i ten ostatni uderzył piłkę wolejem, pakując ją do siatki. 4:0. Taki „prezent” dla tych, co nie wiedzieć czemu zdecydowali się na pozostanie i wspieranie do końca swoich idoli.

 

Pierwsza porażka Sarriego

Na Webley Chelsea musiała gonić angielskich liderów. Liverpool wcześniej pokonał Watford 3:0, a The Citizens pewnie ograli West Ham. Zadanie utrudnili sobie na własne życzenie. Koguty wyprowadziły dwa szybkie ciosy – wpierw po dośrodkowaniu Eriksena bramkę głową strzelił Dele Alli, a następnie strzał z dystansu Harry’ego Kane’a jakimś cudem wpadł do bramki. Wtedy z pewnością nie popisał się Kepa.

W drugiej połowie podopieczni Sarriego rozpoczęli szarżę, atakując non stop. Wystarczyło jednak jedno podanie z własnej połowy do Sona, a ten pokazał, co potrafi najlepiej. Wpierw popisał się wyjątkowym przyspieszeniem, zostawiając daleko za sobą Jorginho, wyminął jak pachołek Davida Luiza i posłał piłkę do siatki. Nastroje w drużynie mocno przygasły, ataki ucichły, a Luiz zaczął płakać…

Ten mecz idealnie pokazywał, jak forma całego zespołu zależy od postawy Edena Hazarda. Jego doskonała dyspozycja miała ogromny wpływ na serię meczy bez porażki w wykonaniu Chelsea. W tym spotkaniu jednak kompletnie przygasł, co odbiło się na wszystkich zawodnikach. Był zupełnie niewidoczny, a kiedy już futbolówka była pod jego nogami, ten wchodził w przeważnie nieudane próby dryblingu i tracił piłki.

The Blues podjęli próby walki. W osiemdziesiątej piątej minucie Juan Foyth popełnił błąd w kryciu w polu karnym, a piłkę głową do bramki Llorisa skierował Olivier Giroud. Na nic to się jednak zdało. Wygrała ekipa zdecydowanie lepsza, a kibicie Chelsea powinni cieszyć się, że wynik nie był jeszcze bardziej kompromitujący, gdyż już po pierwszej połowie mogło być naprawdę tragicznie. Wtedy nawet bramka w końcówce nie wystarczyłaby na „otarcie łez”.

 

 

Hitów nie ma
Najważniejszym spotkaniem tego dnia miało być starcie Atletico z Barcą. Miało być. Mecz obfitował w faule, zgrzyty, kłótnie… ale nie w sytuacje bramkowe, czy piękne akcje. Przynajmniej do siedemdziesiątej dziewiątej minuty. Wtedy to po rzucie rożnym dla drużyny z Madrytu przełamał się wreszcie Diego Costa, strzelając pierwszą, ale jakże ważną, bramkę w tym sezonie. Mało to jednak dało, bo w dziewięćdziesiątej minucie stan spotkania wyrównał Dembele. Kibice w Madrycie nie płaczą. Ani Ci oddani Atletico, ani Realowi (tylko dlatego, że płakali od piętnastej). Mimo tej bramki, zapewne płakał będzie klub, który kupi Francuza. Piłkarsko nie ma się o co przyczepić, ale w główce coś ewidentnie nie pracuje…

Niestety, bardzo mocno wyczekiwany mecz River Plate – Boca Juniors został przełożony, ze względu na skandaliczne zachowanie kibiców pierwszej z ekip. Obrzucili oni różnorakimi przedmiotami autokar przewodzący piłkarzy rywali. Do pojazdu dostał się m. in. gaz pieprzowy, powodując wymioty i zawroty głowy u zawodników. Dodatkowo niektórzy odnieśli cięższe obrażenia spowodowane kawałkami rozbitych szyb. Gianni Infantino stwierdził zaś, że przecież nic się nie stało i mecz odbędzie się w normalnych warunkach godzinę później. Co z tego, że dwóch piłkarzy Boca wylądowało w szpitalu. Na szczęście zainterweniowały zarządy obu klubów, nie godząc się na rozegranie spotkania. Na razie nie wiemy, kiedy poznamy zwycięzcę Copa Libertadores…

Szkoda, że przez tak zwierzęce, debilne akcje musiałem oglądać mecz Atletico z Barceloną tak rewelacyjnie zapowiadający się mecz nie miał miejsca. Niektórzy „kibice” powinni mieć zapewniane warsztaty z korzystania z mózgu. W sumie, piłkarzom też by się przydały.

 

Co jeszcze się działo?

  • Monaco przerwało swoją tragiczną serię szesnastu meczy bez zwycięstwa, pokonując na wyjeździe Caen 1:0
  • Manchester United dość niespodziewanie zremisował bezbramkowo z Crystal Palace
  • Bayern w pełnym emocji spotkaniu zremisował z zamykającą stawkę w Bundeslidze Fortuną Dusseldorf
  • Borussia Dortmund pokonała Mainz (po pięknym trafieniu Łukasza Piszczka) umacniając się na pozycji lidera w Niemczech

 

Co na kaca?

  • Bournemouth – Arsenal (14:30)
  • Lazio – AC Milan (18:30)
  • Genoa – Samdoria (20:30) // Villareal – Betis (20:45)
  • Jeśli jesteś kibicem Realu/Chelsea – dużo odpoczynku i elektrolity.