Lech bez pomysłu i bez punktów

Lech Poznań to bez wątpienia klub w Polsce zasłużony. Klub, który dołożył wielką cegiełkę do historii futbolu. Ma olbrzymią bazę kibiców, tradycje i legendy. Ma wszystko, by być marką w Polsce. Ma wszystko, oprócz trofeów. Ostatnio jakby się w Poznaniu nie starano, ilu rewolucji by nie zrobiono, jedna rzecz pozostaje stała – ilość trofeów.

Era Bjelicy to już przeszłość. Czy były to dobre, czy może złe czasy? Ciężko ocenić. Z pewnością momentem kulminacyjnym był przegrany finałowy mecz z Arką Gdynia. To właśnie od tego momentu zaczęło się powoli na Bułgarskiej psuć.

Niedawno sympatyczny Chorwat udzielił wywiadu, w którym powiedział wprost, że w takim klubie jak Lech, nie ma co oczekiwać mistrzostwa. Jest to bardzo odważna i ofensywna teza, na którą rzecz jasna nie mógłby pozwolić sobie pracując w Poznaniu, bo wszyscy by go „zjedli”.

Być może to o nim mówił Piotr Rutkowski, że brakowało mu mitycznego genu zwycięstwa. Można się tego jedynie domyślać. Jednak w sporcie i w życiu najlepszym sędzią jest czas. Bjelica szybko znalazł pracę w ojczyźnie, prowadząc Dynamo Zagrzeb. Jak się okazało jest szkoleniowcem naprawdę dobrym. Na dzień dzisiejszy Dynamo odskoczyło w chorwackiej ekstraklasie gromadząc po 24 kolejkach aż 61 punktów. Jakby tego było mało, to z sukcesem ograł ostatnio Sporting Bragę w 1/16 ligi Europy i tym samym zapewnił chorwackiej lidze dwie ekipy w eliminacjach do Ligi Europy.

Mamy więc z jednej strony szkoleniowca, któremu brakowało genu zwycięstwa, który po odejściu z Poznania osiąga naprawdę spore sukcesy. Czy nie jest to co najmniej dziwne?

W Poznaniu ciągle pragną mistrzostwa. Mają dość dominatu Legii i nie ma się im tego dziwić. Gdy patrzymy jednak na kadrę Lecha Poznań dochodzimy do wniosku, że czegoś im brakuje. Widać to przede wszystkim w obronie, pomocy i ataku. Nie zdziwię się, jeśli Adam Nawałka odstrzeli połowę szatni w letnim okienku transferowym. Następnie Nawałka poślizgnie się w lidze, zostanie zwolniony i tak będzie się toczyć wieczny krąg życia.

Na wiosnę ciężko tak naprawdę określić jaki jest Lech Poznań. Końcówka rundy jesiennej zwiastowała, że Lech będzie gonił Legię i Lechię. Rzeczywistość okazała się jednak diametralnie inna. Już na samym początku rundy przegrali z Zagłębiem Lubin (0:1), a Bartłomiej Pawłowski bawił się obrońcami Lecha jak dziećmi! Następnie przyszło lanie od Piasta (aż 4:0) no i dwa zwycięstwa. Lechowi udało się wygrać ze słabo dysponowaną wówczas Legią (2:0) i z Arką, która od 10 meczów nie potrafi wygrać meczu.

Jestem święcie przekonany, że te dwa zwycięstwa niesamowicie zaciemniły obraz Lecha Poznań. Tak bezbronnego w obronie i ataku. Tak bez pomysłu. Miedź Legnica w całości zdominowała sobie zespół Kolejorza. Najlepiej o tym świadczy fakt, że pierwszy strzał na bramkę „Miedzianki” Lech oddał dopiero po drugim kwadransie.

Końcowy wynik 3:2 i tak jest zakłamany. Z gry Lech Poznań nijak nie zasługiwał na kontakt. W piłkę zaczął grać zrywami dopiero w drugiej połowie, a to jak się okazuje na dobrze dysponowaną Miedź było stanowczo za mało.