Porażka, która boli jak zwycięstwo

Mamy w naszej kadrze ludzi od zadań specjalnych. Ba, jestem niemal pewny, że takowych jest więcej niż piłkarzy będących gwarantami jakości na danej pozycji i pewniakami w układance Jerzego Brzęczka. Tych drugich przecież jest raptem kilku. Za to Michał Pazdan potrafi zatrzymać najlepszych na siebie, co mogliśmy z dumą obserwować, gdy przez jednoosobowy, lśniący łysiną mur przebić nie mógł się sam Cristiano Ronaldo. Niestety, gdy naprzeciw stawał choćby Łukasz Piątek (wówczas Termalica) – sytuacja nie wyglądała już tak kolorowo. Prawdziwy patriota – do własnej bramki dopuszcza jedynie rodaków. Kamil Grosicki. Przyznam, że nie pałam do niego zbytnią sympatią, ale trzeba mu przyznać, że jeśli nie serce, to z pewnością jest gotów pozostawić płuca na murawie (szkoda, że zazwyczaj dzieje się to w okolicach sześćdziesiątej minuty). No a kto inny będzie w stanie tak dokładnie zagrzać miejsce pośród rezerwowych jak Karol Linetty? A to zaledwie wybrane przykłady…

Jeśli chodzi o rywali… Cóż. Trzeba przyznać, że wyjściowy skład nie powalał. Dwa bardzo mocne punkty – Josip Ilicić, który miał znaczny wpływ na sukces Atalanty Bergamo w poprzednim sezonie, oraz jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy bramkarz na świecie – Jan Oblak. Czy jednak powinniśmy się przejmować przeciwnikiem, którego jedną z głównych armat ma być Roman Bezjak, który do niedawna kopał się po czole w Białymstoku?

Nieprawdopodobny festiwal niemocy ofensywnej kłuł się w oczy coraz to bardziej rozpaczliwymi strzałami z dystansu Słoweńców i coraz dziwniejszymi decyzjami rozgrywania piłki ze skrzydeł w wykonaniu Polaków. Po pół godzinie gry jasnym było, że najgroźniejszą bronią obu ekip będą w tym spotkaniu stałe fragmenty gry i tam upatrywać będą swoich szans piłkarze. Tak też było – rzut rożny dla gospodarzy, zamieszanie w polu karnym i zupełnie niekryty Struna dopada do piłki, wpakowując ją do siatki. Środkowy defensor naszych rywali urwał się Pazdanowi, który zresztą już wcześniej „popisywał” się wzmożoną niepewnością. Wnioski po pierwszej połowie? Nic, czego do tej pory byśmy nie wiedzieli. Umiejętności techniczne Grosickiego są na poziomie średniaka Ekstraklasy, a za wrzutki „na pałę” nawet niezbyt rozgarnięty trener A-klasy opieprzyłby go konkretnie, Zieliński w reprezentacji jest zagubiony i nie potrafi znaleźć kompanów do gry, a nasz środek pola nie istnieje. Fart się skończył – wynik znów nie obrazował beznadziei prezentowanej na boisku ze strony naszych reprezentantów, ale pierwszy stracony gol w tych eliminacjach stał się faktem. Byłoby znacznie gorzej, gdyby tylko Ilicić miał z kim rozegrać piłkę. Jakieś plusy? Chyba jedynym było dobre czytanie gry, ale na tle takie rywala, nie oszukujmy się, nie jest to najtrudniejsze.

Dobijaliśmy się do okolic dwudziestego metra. Dalej nic. Piłka odbijała się jedynie od obrońców reprezentacji Słowenii. Rywalom za to wystarczyło jedno podanie. Ilicić idealnie wręcz posłał futbolówkę do Sporara, ten bezproblemowo pokonał Fabiańskiego. Kto na ratunek? Błaszczykowski, który w tym sezonie ma za sobą raptem dwa spotkania w pełnym wymiarze czasowym w Wiśle Kraków. Kpina.

Tu nie widać żadnej taktyki. Żadnych schematów. Nic. Równie dobrze ja mógłbym prowadzić tę reprezentację, też mógłbym desygnować do gry najlepszych piłkarzy (A szanowny pan Jerzy nawet tego czasem nie robi) i spokojnie obserwować, może akurat coś zrobią. Ta porażka boli jak każdy wcześniejszy tryumf. Boli, bo nie ma stylu gry. Bo reprezentacja, mimo wybitnych personaliów – gra totalny piach.

Niech podsumowaniem tego spotkania będą słowa wielkiego eksperta, Artura Wichniarka – „Szkoda, że nie trafił w bramkę, bo, no, trzeba trafić w bramkę […]”. Fakt, wypadałoby.