Przebili się przez mur – Manchester United pokonuje Burnley!

Sobota, godzina 16:00. Słoneczko świeci. Gwiazdy światowego formatu, jak Ashley Barnes, czy Jesse Lingard już na boisku, a to wskazywać może na jedno – wielkie, piłkarskie emocje. Na Turf Moor zawitał Manchester United. No i wrócił do siebie z trzema punktami. Wywalczonymi nie bez problemów, ba, w bardzo ciężkich warunkach, ale Czerwonym Diabłom udało się pokonać Burnley 1:0. 

Bardzo wysoki pressing z początku dawał oczekiwane dla Burnley efekty – Czerwone Diabły, kompletnie nieprzygotowane na tego typu futbol w wykonaniu rywali, posyłały długie piłki gdzie tylko się dało. Do przodu, do boku, na auty, w trybuny. Ogólnie kopanina, ani de Gea, ani Pope się napracowali. Jeśli cokolwiek można było chwalić, to zdecydowanie wolę walki gospodarzy. Odbierali piłki, a i sami nie dawali jej sobie zabrać. Szanowali futbolówkę i nie popełniali głupich błędów. Jeśli sytuacja wyglądała krytycznie – szybki, taktyczny faul i gracze Mourinho zostawali zupełnie wybijani z rytmu. The Clarets zrobili to, co potrafią najlepiej – nie stracili bramki. Również nie strzelili, a co za tym idzie ich ulubiony wynik utrzymał się aż do przerwy. 0:0 i druga połowa zapowiadała się… no, zapowiadała się, że będzie, a jaka… ciężko stwierdzić.

Wszystko jednak odmieniło się w pięćdziesiątej czwartej minucie. Krótka chwila nieuwagi, odpuszczenie krycia przez obrońców Burnley i genialna piłka posłana przez Romelu Lukaku w stronę Anthony’ego Martiala, ten na ułamek sekundy podniósł wzrok, po czym huknął wprost idealnie, futbolówka odbiła się jeszcze od poprzeczki i znalazła się za plecami Nicka Pope’a. „Bordowi” ruszyli do ataku, co dało efekt w postaci rzutu wolnego z ok. 20 metrów. Gudmundsson również trafił w poprzeczkę, jednak piłka odbiła się od niej i poszybowała daleko za bramkę.

Tańce i harce z piłką kolejnych „magików” skrupulatnie kończyły się, gdy tylko do akcji wkroczył duet Mee-Tarkowski, nie pozwalając na żadne zabawy przed własnym polem karnym. Harowali jak woły, co jednak nie przynosiło rezultatów. O ile defensywa Burnley prezentuje się nadzwyczaj dobrze, o tyle ofensywa potrzebuje gruntownej przebudowy. Ashley Barnes, osamotniony gdzieś w okolicach trzydziestego metra od bramki rywala nie jest w stanie nic wykombinować. Defour, czy Cork kreatywnością nie grzeszą i znacznie bardziej wolą powolutku ciułać piłeczkę do przodu, niż popisać się jakimś niekonwencjonalnym zagraniem. Środek pola wydaje się być zbyt schematyczny i ociężały. To wrażenie stara się zaburzyć jedynie schodzący od czasu do czasu do środka Islandczyk Gudmundsson, na nic to się jednak zdaje. Po porażce z United ekipa Seana Dyche’a po raz pierwszy od dawna opuszcza pierwszą siódemkę, na rzecz Leicester City. Sensacyjna wysoka forma chyba już dobiegła końca i z pięknego snu kibice Burnley wybudzą się w środku tabeli. Choć solidny ligowy byt zawsze jest w cenie i wszyscy mają nadzieję na choćby kolejny sezon w Premier League. A o to mogą być niemal pewni, tak samo, jak Ben Mee swojego miejsca w koszmarach sennych Marcusa Rashforda.

 

Burnley 0:1 Manchester United

Pozostałe wyniki:

Leicester 2:0 Watford

West Ham 1:1 Bournemouth

Everton 1:1 West Brom

Stoke City 2:0 Huddersfield

Arsenal 4:1 Crystal Palace